|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Czasami łapię się na fuorigioco, innym razem zarządzam catenaccio. W głowie jednak zawsze mam jedno - calcio. ? Copyright 2009 by K. E. Borowski |
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Święta, święta i... to dopiero początek. Święta pełną gębą, nie ominęły nawet ulicznych grajków na saksofonie, więc nie trzeba się dziwić temu, że pojawiły się też w świecie włoskiej piłki nożnej. Nie dla wszystkich zaczęły się o tej samej porze - bo niektórzy, dzięki mgle, już siedzą w domu z rodzinami, ale wszyscy chcą jak najlepiej wykorzystać chwilę oddechu od codziennego biegania za kawałkiem materiału. W końca ona też chce mieć trochę wolnego... przynajmniej od święta.
Wolne od treningów (ale od rodzących się w głowie pytań retorycznych już nie) mają piłkarze Juventusu. W gronie stricte rodzinnym spędzą je Alessandro Del Piero, Gianluigi Buffon i Claudio Marchisio. W poszukiwaniu utraconej skuteczności wybierze się Amauri, który w górach poszuka sposobu na wyrównanie swoich yin i yang. Biało-czarni pechowcy, którzy leczą urazy (Mohammed Sissoko, Giorgio Chiellini i Vincenzo Iaquinta) pozostaną w kraju, aby jak najszybciej wydobrzeć. Argentyńczycy - Camoranesi, Cambiasso, Zanetti, Palacio, Figueroa, Lavezzi, Denis, Campagnaro - wrócili już do rodzinnego kraju bądź są w drodze. Inni zawodnicy z Ameryki Południowej - podobnie. José Mourinho chwilowo oddalił się do Portugalii, więc zarówno die-hard paparazzi, jak i ci w wersji light, będą mogli także trochę poświętować. Gennaro Gattuso wybrał się do Szkocji, rodzimego kraju swojej żony, zaś Mario Balotelli spędzi ten czas w Brescii razem z rodziną. Bardziej oryginalny od nich wszystkich był Clarence Seedorf, któremu będą pachniały choinki i przygrywały dzwonki w Omanie. Dolomity - tam na cztery-pięć dni zatrzyma się Francesco Totti. Nie wszyscy stranieri wracają do krajów swoich przodków. Hernán Crespo okres świąteczny spędzi w Rzymie, w swoim domu. Pod Wezuwiuszem święta spędzi Marek Hamšík razem ze swoją rodziną oraz narzeczoną; podobnie rzecz się ma z Paolo Cannavaro i Fabio Quagliarellą. W gronie zawodników Chievo pospolite ruszenie, które wielu z nich zaprowadziło w tropiki Dubaju. Na brak słońca nie będzie mógł także narzekać Alberto Gilardino, który już wyleguje się na Malediwach z żoną i córką. Jego klubowy kolega, Massimo Gobbi, zaplanował na ten rok Paryż. A co na te czas zaplanowali kibice włoskiego futbolu? Skończy się pewnie na oglądaniu powtórek. I jak tu się dziwić, że niektórzy (patrz obrazek) świąt nie lubią...? [Fot. www.flickr.com]
środa, 09 grudnia 2009
Pierwsza faza rozstrzygnięć Ligi Mistrzów już za nami i wiadomo, że reprezentacja włoskich klubów w tych rozgrywkach będzie uszczuplona o co najmniej jeden (dzisiaj wieczorem gra Inter). Juventusowi wyraźnie ten sezon w LM się nie udał i po pełnym euforii zwycięstwie nad Nerazzurrimi w Derby d'Italia okazało się, że albo cały klub miał o sobie zbyt wysokie mniemanie i rozdmuchane ego wzięło górę nad chłodną kalkulacją, albo obecne Juve jest po prostu zbyt słabe, aby mierzyć się z najlepszymi na wyższym poziomie. Wybieram to drugie.
Na przykładzie Bianconerich wydać bardzo wyraźnie, że w futbolu wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie: jeszcze w niedzielę Turyn świętował, dzisiaj może co najwyżej opłakiwać nieefektywne wygibasy na Stadio Olimpico. Eksperyment, któremu na imię Ciro Ferrara, znalazł się w dołku, i to poważnym. Frustracja kibiców jest wielka, a całą sytuację klubu trafnie podsumował jeden z internautów, który stwierdził, że były obrońca Starej Damy jest zdany na łaskę tego, ile błędów popełnią jego piłkarze. Chyba jeszcze nigdy nie był tak bliski utraty posady, jak teraz. Upokorzenia we Włoszech, jak chociażby to niedawne 0:2 z Cagliari, widzą tylko niektórzy; klęskę 1:4 zobaczył cały świat. Nieco lepiej wiedzie się Milanowi, który ostatecznie jakoś doczołgał się do kolejnej fazy LM. Cóż jednak z tego, skoro nie udało się przezwyciężyć fatum wiszącego nad zespołem, które nie pozwala na pokonanie ekipy z Zurychu. Wyobrażam sobie, jakie przeczucia musiały towarzyszyć kibicom, kiedy Milan Gajić wyprowadził Mistrz Szwajcarii na prowadzenie. I choć w lidze podopieczni Leonarda grają ostatnimi czasy niemalże koncertowo (co pokazali, nokautując Sampdorię), to na Champions League potrzeba o czegoś więcej. Nie będę wyprzedzał faktów i, używając jednego z ulubionych słów Mirosława Trzeciaka, antycypował losu Interu. Inter w LM, jaki jest, każdy widzi. Paradoksalnie, najlepsze wrażenie spośród czołowej czwórki Serie A poprzedniego sezonu zrobiła Fiorentina. Ta sama, która nadal tuła się gdzieś pomiędzy grupką najlepszych a tych prawie najlepszych klubowych zespołów Italii, będąc zbyt mocną na tę drugą grupę, a jeszcze za słabą na pierwszą. Ta, co do której eksperci nie mają złudzeń: Prandelli to skarb, ale czegoś w tym zespole jeszcze brakuje. Wszystkie te dywagacje nie przeszkodziły jednak we wcześniejszym zapewnieniu sobie awansu, dzięki czemu Fioletowi dzierżą pod tym względem palmę pierwszeństwa wśród Włochów. Tymczasem troską o przyszłość włoskich klubów w Lidze Mistrzów wykazał się Adriano Galliani, który oskarżył Juventus o to, że zaprzepaszcza możliwość pokazania całej Europie, że jeszcze calcio nie zginęło. Na razie jednak w rywalizacji niemiecko-włoskiej (bo największe zagrożenie czyha właśnie z tamtej strony) jest remis: po jednym zespole w Pucharze Pocieszenia (Juventus i VfL Wolfsburg) i siedemnaście oczek zdobytych po obu stronach. Walka więc dopiero wchodzi w decydującą fazę. [Fot. www.goal.com]
niedziela, 29 listopada 2009
Ludzie listy piszą, a czasem tak się zapalą, że wychodzą im z tego nawet książki. Mija właśnie rok od momentu wydania pierwszej książki, której autorem jest sam Antonio Cassano. We współpracy z komentatorem telewizji SKY, Pierluigim Pardo, zawodnik Sampdorii jesienią ubiegłego roku wydał książkę, która niemalże z miejsca stała się bestsellerem. Teraz na rynku wydawniczym pojawi się kolejna pozycja autorstwa tego duetu, taki zbiór złotych myśli à la Paulo Coelho na każdy dzień roku.
Książka nosi tytuł Le Mattine non servono a niente: E altre 364 cassanate in forma di aforisma per vivere un anno da fantasista, co w polskim tłumaczeniu brzmi mniej więcej tak: Poranki nie nadają się do niczego: oraz 364 inne cassanaty (o tym nowotworze językowym pisałem już w notce "Wakacje Antonia Cassano") w formie aforyzmów, aby przeżyć rok jak fantasista. Warto wspomnieć, że całkowity dochód z jej sprzedaży zostanie przeznaczony na fundację, której patronem jest Stefano Borgonovo, zajmującą się walką z chorobą Lou Gehriga (o której pisałem już w notkach "Chore calcio" oraz "Piłkarska dżuma"). Sam tytuł już robi wrażenia i intryguje, więc zawartość powinna mu co najmniej dorównywać. A jak jest naprawdę? Oto kilka przykładów radosnej twórczości złotoustego Antonia: Aforyzm 293: Ok, to prawda, jestem pierwszą osobą w historii, która napisała więcej książek, aniżeli przeczytała. Aforyzm 156: Dobra wola to podstawa. Najpierw pogodziłem się z Gigim Del Nerim, zanim spróbowałem zrozumieć, o czym on do cholery mówił. Aforyzm 343: Nie bądź wybuchowy. Bądź jak ja. Zanim wybuchniesz, zawsze policz przynajmniej do 1... Aforyzm 1115: Nie mogę się doczekać, aż zagram znowu dla reprezentacji Włoch. W międzyczasie mogę grać czterema napastnikami na Playstation. Aforyzm 246: Mam nadzieję, że pojadę na Mistrzostwa Świata do RPA, do końca dam z siebie wszystko. Nawet jeśli nie zostanę powołany, to i tak tam pojadę, ale na safari z Caroliną (narzeczona zawodnika - przyp. KB) Aforyzm 10: Inni grają, aby wygrać scudetto, ja gram, żeby być szczęśliwym. Aforyzm 43: Dziennikarze nie powinni mieć twojego numeru telefonu. Powinno dzwonić na "12" (informacja telefoniczna we Włoszech - przyp. KB) Aforyzm 317: W świecie piłki nożnej nikt nie mówi prawdy, prócz mnie i kilku innych. To nigdy nie jest wygodne, ale, do diabła, kto by się tym przejmował! Aforyzm 319: Jeśli wrzeszczysz, rozmawiasz za pomocą rąk, żyjesz na ulicy i nie możesz oprzeć się kopnięciu każdej piłki, która leci w twoją stronę, być może o tym nie wiesz, ale urodziłeś się w Bari Vecchia (rodzinna dzielnica zawodnika - przyp. KB) Czy ktoś nadal nie czuje się przekonany do zakupu tej książki? [Fot. www.goal.com]
sobota, 28 listopada 2009
Czego to zagorzały kibic nie zrobi, aby móc obejrzeć mecz ukochanej drużyny... Zwłaszcza we Włoszech. Ale od początku. To że Juventus jest najbardziej utytułowanym włoskim klubem, nie podlega wątpliwości. Podobnie jak i to, że w sporządzanych co jakiś czas różnego rodzaju rankingach i zestawieniach najpopularniejszych zespołów, Bianconeri dzielą i rządzą. Nic więc dziwnego, że fanów Starej Damy można znaleźć wszędzie, także na odległej Sycylii.
Stamtąd właśnie pochodzi bohater tej historii. Wiek: 45 lat. Znaki szczególne: pasjonat Juventusu, aktualnie... w areszcie domowym. Na nieszczęście pochodzącego z Palermo mężczyzny pech chciał, że w środę jego ulubieńcy grali ważny mecz w Bordeaux, który, jak wiadomo, został przez nich przegrany 0:2, co skomplikowało im możliwość awansu do dalszej rundy. Takiej okazji 45-letni fanatyk przepuścić oczywiście nie mógł. Postawił więc wszystko na jedną kartę i wymknął się z domu, aby móc obejrzeć to spotkanie. Na jego nieszczęście, do tego samego lokalu w Ficarazzi weszli carabinieri z Bagherii (nie wiadomo, czy chcieli pokibicować Juve, czy też wypić filiżankę kawy), którzy momentalnie rozpoznali i aresztowali uciekiniera. Na nic się zdały prośby, aby mógł ci poczekali do końcowego gwizdka. A wszystko to, bo Juve kochał. [Fot. www.goal.com]
wtorek, 24 listopada 2009
Przy stoliku w wytwornej kawiarni siedzi elegancki jegomość i czyta dziennik, zdaje się, że sportowy, od czasu do czasu popijając kawę. Po jakimś czasie podchodzi do niego kelner i pyta: - Czy coś jeszcze podać? Może Inzaghi, raz? - Nie, dziękuje - kwituje krótko i pogrąża się w lekturze. Kelner odchodzi z kwitkiem. Dla jasności: scena ta prawdopodobnie nigdy nie miała miejsca, a przynajmniej nic o niej nie wiadomo i nie napisano. Wszelkie podobieństwa do osób znanych są zupełnie nieprzypadkowe.
Niewesoło, przynajmniej z perspektywy niektórych zawodników, się ostatnio zrobiło w Milanie, choć wyniki i pozycja w tabeli wskazują na coś zupełnie innego. Kiedy już Leonardo naoliwił i wprawił w ruch olbrzymią machinę spod znaku Rossoneri, okazało się, że okres pewnego prosperity zespołu niekoniecznie przekłada się na zadowolenie piłkarzy. Ot, chociażby takiego Filippa Inzaghiego, który, póki co, zaliczył ledwie trzy występy w Serie A i o jeden więcej w Lidze Mistrzów. I nie dość, że nowy opiekun zespołu jest tak wstrzemięźliwy, jeśli chodzi o desygnowanie go do gry, to na dodatek los napastnika stoi pod coraz większym znakiem zapytania. Skończyły się czasy, kiedy wiekowym i zasłużonym piłkarzom Rossonerich przedłużano hojne kontrakty za samo nazwisko. Rachunek ekonomiczny dopadł i Milan, który liczy się teraz z każdym groszem. Te dwa fakty sprawiają, że los wychowanka Piacenzy zdaje się coraz bardziej oddalać od Mediolanu. Działacze z Via Turati skakaliby zapewne z radości dowiedziawszy się, że bardziej utytułowany z braci Inzaghich zdecydował się zawiesić buty na kołku. Nic z tego. Napastnik już ogłosił, że wcale nie zamierza kończyć z zawodową grą w piłkę, nawet jeśli miałby to robić poza Milanem. A to wcale nie jest wykluczone, tym bardziej, że chętnych na przygarnięcie Superpippa nie brakuje: prócz Parmy, mówi się także o Sevilli, Atlético Madryt, Manchesterze City... Taki a nie inny komentarz samego zainteresowanego spowodowała ostatnia wypowiedź Gallianiego, który dyplomatycznie, acz stanowczo zapowiedział, że ewentualne przedłużenie kontraktu z zawodnikami, którym wygasa on w czerwcu przyszłego roku (a prócz Inzaghiego, są to: Dida, Giuseppe Favalli i Flavio Roma), zależy od udziału Milanu w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Proste? Nawet bardzo! Co najmniej czwarte miejsce daje kwalifikację, a kwalifikacja=pieniądze. Rachunek zysków i strat jest, wydawałoby się, prosty. Roczne pobory Inzaghiego to dwa mln euro, cyfra, która byłaby zapewne górną zaporą w negocjacjach kontraktowych, przewidzianych na wiosnę przyszłego roku. Jaka jest jednak jego wartość na boisku? Tego nie da się jednoznacznie określić. Faktem jest, że napastnikowi brakuje ledwie pięciu trafień, aby osiągnąć rekord, który ustanowił ongiś Marco van Basten, tak jak i to, że od zrównania się z najlepszym strzelcem europejskich pucharów, Gerdem Müllerem, dzieli go tylko i aż jeden gol. A konkurencja, nie dość, że młodsza, to nie śpi. Faktem jest też to, że po wszelkich zamieszaniach transferowych z napastnikami, których w Milanie brakowało chyba najbardziej, okazało się, że zespół wcale nie potrzebuje kolejnego snajpera, bo takowego ma już w swoich szeregach. Galliani i spółka w całej Europie szukali kogoś, kogo mieli w Mediolanie, tuż pod nosem. Alexandre Pato. Młodzian, który gra dojrzalej, aniżeli wygląda. Kiedy więc przyjdzie 30 czerwca A.D. 2010 roku, nikt za Inzaghim płakał nie będzie, bo Milan będzie o kolejny (ekonomiczny) ciężar lżejszy. I nic, że swoją grą częściej zadziwiał, aniżeli zachwycał, bo zamiast efektowny był niewyobrażalnie skuteczny i efektywny. Cyferki, które mozolnie wypracował na boisku, nadal będą robiły wrażenie, choć niewykluczone, że za dziesięć-dwadzieścia lat już nie. Bo aż strach pomyśleć, do jakich statystyk doszedłby Inzaghi, gdyby grać w Milanie zaczął tak wcześnie, jak Pato. A ten ma przecież dopiero niecałe 21 lat... [Fot. www.goal.com]
poniedziałek, 23 listopada 2009
Piłkarzem był raczej przeciętnym, a jako trener nie przyciąga uwagi ani tyle. Podczas spotkania wydaje się być nieobecny, ale tylko z uwagi na fakt, że jest pochłonięty tym, co się dzieje na murawie, nieustannie zdając się roztrząsać to w swojej głowie. I choć może się pochwalić zdobyciem Pucharu Włoch, to gdyby przeprowadzić uliczną sondę odnośnie znanych nazwisk włoskich szkoleniowców, niemal z pewnością znalazłby się poza pierwszą dziesiątką. Niegdyś piłkarz, dzisiaj trener - Francesco Guidolin.
Swoją przygodę z piłką nożna rozpoczynał w zespołach młodzieżowych Hellas Werona, z którym to zespołem miał najwięcej wspólnego podczas czynnego uprawiania sportu. W koszulce Gialloblù wystąpił łącznie nieco ponad sto razy, a w sezonie 1980/1981 był jednym z tych, którzy przyczynili się do powrotu Scaligerich do najwyższej klasy rozgrywkowej. Pierwszym przystankiem w jego trenerskiej karierze był zespół z jego rodzinnego miasta, który obecnie gra w szóstej lidze włoskiej. Wsławił się jednak czym innym (choć wśród galerii sław związanych z Giorgione Castelfranco Veneto na próżno szukać kogoś innego prócz Guidolina): w klubach ze zdecydowanie niższej półki potrafił czynić rzeczy niebywałe, a czasami wręcz niesłychane. Krótko mówiąc: czynił cuda. Po kiepskim starcie z Atalantą Bergamo w 1993 roku został zwolniony po zaledwie dziesięciu kolejkach. Wiadomo - gdy wyniki nie dopisują, konsekwencje jako pierwszy ponosi trener. Rok później kredyt zaufania zdecydowali się mu dać działacze Vicenzy, w której spędził kolejne cztery lata. Niezwykle owocne i pełne sukcesów, dodajmy. Do miasta wielkości Tarnowa zawitał Puchar Włoch, Puchar Zdobywców Pucharów i półfinał tych rozgrywek, a w nim sama Chelsea. Po czterech latach Curva Sud pożegnała go transparentem: 1994-1998: najpiękniejsze lata w naszej historii. Dziękujemy Francesco. Wcale nie jest powiedziane, że sukcesu o podobnej randze nie może nie powtórzyć. Wcale zaskoczeniem nie będzie, gdy do końca swojej kariery będzie robił jedynie dobre wrażenie, a potem zostanie zapomniany i usunie się w cień. Bo ma Guidolin pewną ciekawą przypadłość - trenując drużyny średniego kalibru startuje z drugiego planu i wdziera się na pierwszy dzięki wynikom. Tak było w przypadku Vicenzy, z którą w sezonie 1994/1995 wspiął się na trzecią lokatę, tuż za Piacenzą i Udinese, tak było w przypadku Palermo i to dwukrotnie: najpierw powiódł Sycylijczyków do awansu do Serie A, zapewniając beniaminkowi w kolejnym sezonie start w Pucharze UEFA, aby w początkowej fazie sezonu 2006/2007 zadziwiać wynikami i patrzeć na większą część stawki z podium. Teraz historia po raz kolejny zatacza koło, gdy Guidolin na czele Parmy zadziwia in plus. Oglądając sobotnie spotkanie z Fiorentiną wcale nie miało się wrażenia, że gra uczestnik Ligi Mistrzów z ledwie beniaminkiem Serie A. Kiedy nie atakowali jedni, robili to drudzy, a chyba "najulubieńsze" ustawienie trenera Crociatich tzw. choinka po raz kolejny go nie zawiodło. I nie chodzi tu o to, że trend ten może się skończyć za pięć-dziesięć-piętnaście kolejek. Bo jak dużym zaskoczeniem dla piłkarskiej Italii jest to, jak Parma sprawuje się od początku sezonu, tak żadnym zaskoczeniem nie będzie, jeśli ostatecznie uplasuje się poniżej miejsc premiowanych grą w europejskich pucharach. Niespodzianką na miarę sporej sensacji będzie awans do pucharów, ale wcale się nie zdziwię, jeśli w drugiej części sezonu powietrze z zespołu zacznie najzwyczajniej w świecie schodzić, a rezerwy okażą się tyleż niewystarczające, co najzwyczajniej za słabe. Inna sprawa, że podopieczni Guidolina zdają się wpisywać w coroczny trend Serie A, w którym do kilku uznanych marek zawsze wpada jak meteor i robi zamieszanie ekipa o znacznie mniejszych aspiracjach i proporcjonalnie mniejszej estymie. Dlatego też nieważne, czy Parma po sezonie zajmie szóstą, czy dwunastą pozycję w tabeli. Ważne, że nawet i kibice Gialloblù, których i w Polsce jest trochę, przeżyją swój magiczny moment, tak jak tifosi Interu, Juventusu czy Milanu u schyłku tego sezonu. Bo w futbolu przecież o to w końcu chodzi. [Fot. www.goal.com] To było nieuniknione. Kiedy rozpoczyna się sezon od zapowiedzi walki o cele wysokie, a nawet najwyższe, a końcem listopada zajmuje miejsce gdzieś w drugiej dziesiątce stawki, rozwiązanie może być tylko jedno. Wszyscy je praktykują, chociaż dżentelmen na zdjęciu, jako jego gorliwy wyznawca, sięga po niego nad wyraz często. Tak często, że w ciągu 21 lat na stanowisku prezesa pozbawił pracy łącznie 28 trenerów. A liczba ta z pewnością jeszcze urośnie. Emocjonalny wulkan - Maurizio Zamparini.
Energiczny przedsiębiorca z Północy to człowiek, po którym można się spodziewać wszystkiego, a żaden jego podwładny, szkoleniowiec w szczególności, nie może być pewnym jutra. W swoim niechlubnym "dorobku" ma już takie trenerskie sławy, jak Cesare Prandelli, Luciano Spalletti, Alberto Zaccheroni czy Walter Novellino, a teraz do kolekcji dorzucił kolejnego Waltera. Znaczy się Zengę. Ten, kto uważnie obserwował tak ostatnie wyniki Palermo, jak i wypowiedzi prezydenta, wie, że można było się tego spodziewać. Więcej - wszystko było tylko kwestią czasu, a derby z Catanią idealną okazją do tego, aby pokazać byłemu bramkarzowi Interu uniesiony lub opuszczony kciuk. Padł tylko remis, więc werdykt mógł być tylko jeden; Zampariniemu przejadła się już gorycz spowodowana niemocą jego zespołu w pojedynkach ze znienawidzonymi kuzynami spod Etny; dość, że w zeszłym sezonie Rossoblù rozbili Palermo niemiłosiernie - 2:0 u siebie i aż 4:0 na stadionie Renza Barbery. Kiedy więc Zampa (wł. łapa) mówi, że nie zamierza nikogo zwalniać, trenerowi powinna się włączyć żółta lampka ostrzegawcza. Kiedy prezes uparcie twierdzi, że w żadnym wypadku nie zamierza wymienić szkoleniowca na pana X, to niemal w 100% wiadomo, że to właśnie pan X zostanie nowym opiekunem piłkarzy. Jeśli, dementując plotki transferowe, Zamparini powie, że gracz Y jest mu w zupełności niepotrzebny, to znaczy, że w klubie robi się wszystko, aby go pozyskać. Łatwo jest zrozumieć jego język. Wszystko to zapewne dlatego, że w przeszłości niejednokrotnie przychodziło mu się obchodzić smakiem, gdy bliżsi lub dalsi przejścia do klubu zawodnicy ostatecznie zakładali trykot w kolorach innych, aniżeli róż i czerń. Tak było w przypadku Nicolása Burdisso, który w ostatnim momencie niemal na kolanach ubłagał agenta, aby móc przejść jednak do Interu, czy Simone Perrotty, gdy bohater tej notki oficjalnie przestrzegał w mediach innych przed sprowadzeniem pomocnika. Od pewnego czasu wysoką cenę za średnie, najoględniej mówiąc, posunięcia transferowe Palermo płacą właśnie trenerzy. Choćby zgrali całą kadrę niesamowicie, to i tak w końcu zabraknie "tego czegoś", jakości na boisku, która umożliwiłaby walkę o cele wyższe, aniżeli bezpieczny środek tabeli. Kibice sycylijskiego klubu mogli narzekać na niemrawe poczynania Rina Foschiego na rynku transferowym, ale teraz pewnie niejeden z nich cieple go wspomina. Jego następca, Walter Sabatini, znany jest przede wszystkim z zapalczywej miłości do tytoniu oraz kiepskiej skuteczności transferowej. Przekonali się już o tym fani Lazio, jeszcze za czasów Delia Rossiego na ławce trenerskiej. Teraz Zamparini ma ich obu wreszcie w swoim sztabie. Tylko na jak długo? Wulkaniczną osobowość Zampariniego najlepiej swego czasu podsumował Francesco Guidolin, człowiek-legenda telenowel pt. "Kto zostanie następnym trenerem?", który powiedział, że to najlepszy prezydent na świecie, od wtorku do niedzieli. Kto jak kto, ale obecny szkoleniowiec Parmy zna go lepiej niż wielu innych - w końcu Zamparini w przeciągu czterech lat zatrudniał go aż czterokrotnie. [Fot. www.goal.com]
sobota, 21 listopada 2009
Kiedy wszyscy postawili już na nim krzyżyk, mając głębokie przekonanie, że już nigdy nie wybiegnie na boisko, aby zagrać w oficjalnym spotkaniu, ten pokazał, że były to prognozy o wiele za wczesne. Po roku piłkarskiego bezrobocia powrócił do futbolowego światka i w barwach nowego-starego klubu zdążył już zdobyć dwie bramki. Po piętnastu latach tułaczki powrócił do macierzy, a pierwszymi jego słowami były: Wróciłem do domu. Stefano Fiore powrócił do Cosenzy, z której piętnaście lat temu wyruszył na podbój piłkarskiego świata.
Wychowanek Ceseny to postać znana we Włoszech, choć trudno zaprzeczyć stwierdzeniu, że najlepsze lata ma już za sobą. Po siedmiu latach wędrówek po Półwyspie Apenińskim, przygód z kolejnymi klubami trwającymi nierzadko ledwie jeden sezon, Fiore zakotwiczył w Lazio. Był wówczas w wieku 26 lat i przez następne trzy miał występować w koszulce Biancocelestich. Wielu kibiców do dziś z rozrzewnieniem go wspomina i żałuje, że taka a nie inna sytuacja ekonomiczna rzymskiego klubu zmusiła go do sprzedaży jednego ze swoich asów. Moment odejścia z Lazio był kluczowy i stanowił swoistą cezurę jego kariery - później była równia pochyła i stopniowy upadek, niekoniecznie z własnej winy. Ściągnięty do Valencii przez Claudia Ranieriego, który na Mestalla miał budować nową, nieco bardziej włoską drużynę świeżo upieczonego Mistrza Hiszpanii, nie zagrzał tam długo miejsca. O ile pierwszy sezon może zaliczyć do udanych, o tyle dalej było już tylko gorzej. Po tym, jak Ches zakończyli sezon na marnym siódmym miejscu, Ranieri z miejsca pożegnał się z posadą szkoleniowca. Ciężkie czasy nastały także dla ofensywnego zaplecza rodem z Italii - Bernardo Corradi opuścił klub, Marco Di Vaio pod koniec kolejnego sezonu pokłócił się z nowym trenerem i musiał szukać nowego pracodawcy. Fiore, po roku gry w barwach Nietoperzy, rozpoczął tułaczkę na wypożyczeniu. W 2007 roku pomocnikowi wygasł kontrakt, a żaden z klubów Serie A ani myślał zatrudniać piłkarza, który najlepsze lata miał już za sobą. Znamienne, że po przeprowadzce do Hiszpanii ani Corradi, ani Di Vaio, ani też bohater tego wpisu nie zrobili kariery, do jakiej mieli wszelkie predyspozycje. Pomyśleć tylko, jak dalej potoczyłyby się losy tak jego, jak i pozostałej dwójki, gdyby nie pechowy epizod w Valencii... W ten sposób w lecie 2007 roku stał się wolnym agentem, którego na rok przygarnęła Mantova. Mimo ogólnej liczby 24 występów, nie doczekał się angażu na kolejny sezon, który w jego karierze był martwy. Przez okrągły rok nie miał do czynienia z futbolem, ani to odpoczywał, ani rozglądał się za nowym pracodawcą, nie chcąc jeszcze dać sobie z graniem spokoju. Kiedy po roku zaczął trenować z Lecce, wydawało się, że wszystko wraca na właściwe tory. Nic bardziej mylnego. Z angażu do zespołu ostatecznie nic nie wyszło i zawodnik pozostał na lodzie. O pomocniku, który z kalabryjskiej prowincji wyrwał się w daleki świat nie zapomniała jego pierwsza drużyna, z którą podpisał kontrakt. Teraz ma za sobą już nie tylko debiut w koszulce Lupich della Sila, ale i sporo minut rozegranych na dobrym poziomie, a także dwa trafienia na koncie, z czego pierwsze w arcyważnym spotkaniu z kandydatem do awansu, Pescarą. Dzięki temu znowu stało się o nim głośno, a kibice, pamiętający jego boiskowe wyczyny, mają kolejny powód do dumy. W ten sposób, rozpoczynając i kończąc karierę w tym samym klubie, symbolicznie zamyka swoją bogatą karierę piłkarską, dopisując do swojego nadzwyczaj skromnego dorobku bramkowego z lat 1992-1994 (zaledwie jedno trafienie) kolejne bramki. I mimo 34 lat i obycia we świecie futbolu, wcale nie chce być stawiany na piedestale i czczony, bo, jak sam mówi, to nie moi koledzy z drużyny mają oddać się do mojej dyspozycji, ale odwrotnie. [Fot. www.goal.com]
środa, 18 listopada 2009
Dopiero co opisywałem upadek Savoii, a tymczasem we włoskim świecie piłkarskim gruchnęła wieść o upadku klubu z Wenecji. Kolejnym, co gorsza, w przeciągu czterech ostatnich lat. W 2005 roku fatalne zarządzanie przez duet Franco Dal Cin - Luigi Gallo uśmierciło klub, który w ciągu swojej długiej historii najczęściej balansował pomiędzy dwoma najwyższymi klasami rozgrywkowymi. Nieco wcześniej pokład idącego na dno statku opuścił Maurizio Zamparini, który odegrał znaczącą rolę w odrodzeniu zespołu, zachęcony możliwością kupna klubu US Città di Palermo. Na dodatek, 2004 rok był czasem "skandalu z walizką", w który zamieszany był ówczesny i obecny prezydent Genoi, Enrico Preziosi. Teraz niestabilne warunki ekonomiczne sprawiły, że Arancioneroverdi po raz kolejny stanęli nad przepaścią i runęli w nią. "Odrodzona Venezia" zamknęła swoją aktywność z długami rzędu 10-15 mln euro. Przyczyna była po raz kolejny ta sama - kiepska, by użyć eufemizmu, gospodarność osób z najwyższego szczebla. Tym razem w centrum zainteresowania znaleźli się bracia Poletti, pośrednicy nieruchomości z północnych Włoch, ostatni właściciele klubu. Jedyne, czym się mogą poszczycić, to konsekwencja w gospodarowaniu na wariackich papierach. Seria upadłości kolejnych należących do nich przedsiębiorstw (m.in. Aeroterminalu, powiązanego z lotniskiem Marco Polo) sprawiła, że szybko znaleźli się za kratkami. Śledczy mają zamiar wziąć pod lupę także przedsiębiorcę o irańskich korzeniach, Shahrdada Golbana, o którym włoskie media usłyszały na wiosnę tego roku. W pierwszej kolejności udzielił on kredytu samemu burmistrzowi miasta, Massimo Cacciariego, co dało mu polityczną przepustkę do przejęcie od Polettich zespołu, trapionego długami i z marnymi szansami na udział w rozgrywkach Prima Divisione. Pierwszych analizy dokumentów wskazują na to, że Golban zdecydował się dokapitalizować Venezię papierami wartościowymi o łącznej wartości 4 mln euro, wydanymi przez Bank of Scotland. Problem wyszedł na jaw dopiero wtedy, gdy okazało się, że papiery zostały sygnowane na 2012 rok, w związku z czym ich sprzedaż będzie możliwa dopiero począwszy od tej daty. Brak płynności finansowej spowodował więc nieuchronną upadłość, a w sytuacji, kiedy klub był winny pieniądze zawodnikom, pracownikom i innym, Golban zostawił bez grosza także i prawników, którzy byli skłonni ratować zespół. Teraz Venezia, już pod nową nazwą - Foot Ball Club Unione Venezia - startuje niemalże od zera w Serie D i to z całkiem niezłym skutkiem. Pieczę nad zespołem przejął Paolo Favaretto, zaś jego asystentem została niegdysiejsza gwiazda zespołu, Nicola Marangon, który w 1999 roku wywalczył z kolegami awans do Serie A. Chęci nie brakuje, choć pracy przed nimi jeszcze sporo, by choć w jakimś stopniu naprawić nadszarpniętą reputację klubu, który 68 lat temu sięgnął po największe i jedyne do tej pory trofeum w swojej historii - Puchar Włoch. [Fot. www.nuovavenezia.gelocal.it]
sobota, 14 listopada 2009
Podobno, w życiu ostatnia umiera nadzieja. W piłce nożnej jest podobnie, choć inaczej - bo ostatni umiera klub. Niezwykle rzadko słyszy się o tym, że jakiś zespół, ciesząca się większym lub mniejszym zainteresowaniem marka, schodzi z placu boju na dobre. Taki właśnie los stał się udziałem Savoii Calcio.
Tak jak nic nie dzieje się tak po prostu, tak i w tym przypadku widmo potężnego kryzysu wisiało nad klubem jak miecz Damoklesa już jakiś czas. Tak jak ryba psuje się od głowy, tak chwiejący się na nogach zespół został znokautowany przez najwyżej postawione w nim osoby i już nic nie wskazuje na to, aby miał się po tym ciosie podnieść. Malwersacje prezydenta Savoii, Antonina Pane, dopełniły dzieła zniszczenia. Do tego stopnia, że zainteresowały sąd, który skazał go na sześć lat oglądania świata w kratkę. Jego poprzednik na tym stanowisku, Mario Moxedano, jest już prześwietlany przez odpowiednie służby. Dla mieszkańców miasteczka Torre Annunziata, którym przed trzema stuleciami miał się zachwycać Johann Wolfgang Goethe, to niemała tragedia. Próżno szukać Biancoscudatich na kartach historii włoskiego futbolu, próżno szukać większych czy mniejszych wygranych trofeów, można za to poszperać i znaleźć coś o tym, czego zawodnicy z Kampanii nie wygrali. Mowa tu o zamierzchłych z punktu widzenia dzisiejszego kibica latach dwudziestych ubiegłego wieku, w których Savoia była jednym z liczących się graczy po tej stronie Alp. Szczególny pod tym względem okazał się sezon 1923/1924, który, z braku innych powodów, kibice Oplontinich wspominają zapewne z łezką w oku. Wówczas Mistrzostwa Włoch w piłce nożnej miały nieco inną strukturę, bo ażeby zdobyć tytuł mistrzowski, trzeba było wpierw okazać się najlepszym w swoim regionie. Savoia wygrała wówczas tak rundę regionalną, jak i później w półfinale, kwalifikując się do finału rozgrywek Lega Sud, jednej z dwóch integralnych części pierwszej ligi. Tam już czekała rzymska Alba, która kilka lat później, wraz z dwoma innymi klubami, zjednoczyła się, aby stworzyć AS Romę. Mimo wygranej 2:0 i porażki 0:1 na wyjeździe, przepisy, które uwzględniały jedynie liczbę zdobytych punktów, a nie bramek, nakazywały rozegranie trzeciego spotkania na neutralnym terenie. Rzymianie ostatecznie nie pojawili się na meczu i droga do finału stała otworem. Finałowy dwumecz wypadł zdecydowanie na korzyść rywali z Genoi (3:1 w Genui i 1:1 w Torre Annunziata na starym stadionie Oncino), jednak z tamtego czasu zapamiętano i jedenastkę przegranych w następującym składzie: Visciano, Nebbia, Lobianco, Cassese, Caia, Borghetto, Maltagliati, Mombelli, Bobbio, Ghisi oraz Orsini. W kolejnym sezonie próbowano powtórzyć ten wyczyn, ale zespół odpadł w połowie drogi do finału Legi Sud. Reperkusje tego były na tyle silne, że Savoia na rok zawiesiła swoją aktywność ligową, aby później rozpoczynać swoje boiskowe zmagania od poziomu Seconda Divisione, ówczesnej trzeciej ligi. Dzisiaj to już zupełnie inna bajka, a raczej koszmar. W marcu br. klub zamknął swoją oficjalną witrynę internetową, wyjaśniając, że z powodu takiego a nie innego stanu finansowego nie jest w stanie zapewnić jej przetrwania. Przed dziesięcioma dniami drużyna nie wyszła na boisko, aby zmierzyć się z ekipą Alby Sannio, za co została ukarana walkowerem. Rzecznik kibiców, Catello Monaco, nie szczędził słów krytyki miejscowym władzom, które, jego zdaniem, mają klub w nosie. Najgorsze miało jednak dopiero nastąpić. Dzisiaj włoskie serwisy informacyjne obiegła wieść, że po 100 latach działalności Savoia zamyka swoje podwoje. Jak podano do publicznej wiadomości, z powodu "trudności ekonomiczno-organizacyjnych, pogłębionych niemożnością rozgrywania spotkań na stadionie Giraud". Włoska federacja piłkarska już nakazała anulowanie zaplanowanych na najbliższe dni spotkań z udziałem Biancoscudatich. Historia zatoczyła koło... [Fot. www.legeatorreannunziata.com] |